Stary lekarz przygotowywał mieszanki tych ziół dla pacjentów, których wcześniej bardzo wnikliwie diagnozował. Potrafił przez bardzo długi czas w skupieniu badań tętno, oglądał język, oczy i pytał o wiele, wiele rzeczy aby nabrać przekonania, z jaką chorobą miał do czynienia. Czytaj dalej „Bajka o chińskim lekarzu” →
Bajki na dobranoc dostępne do czytania online. Znajdziesz tu najbardziej znane bajki ludowe, ale także baśnie, usypianki, pouczające historie i legendy z całego świata. Readmio
O czerwonym samochodziku. Dawno, dawno temu był sobie mały blondynek o imieniu Wilek, który uwielbiał bawić się samochodzikami. Jego ulubionym samochodzikiem w pokoju dziecięcym był mały czerwony samochodzik imieniem Red. Ale to nie był zwykły samochód, to był magiczny samochód, który strzegł Wilka od jego narodzin.
W pewnej wiosce żył piesek. Przywiązany na smyczy do budy zawsze był wesoły i z chęcią bawił się z mieszkającymi w okolicy dziećmi. Ze swojego miejsca mógł podchodzić do dużego drzewa, w którego cieniu odpoczywał w ciągu dnia. Bajki o psach to zabawne i ciepłe historie, które uwielbiają dzieci. Opowiadają o przygodach
Bajka o Świętym Mikołaju. Nie będzie tu jednak za dużo magicznych stworzeń, ani opisu bieguna. To opowiadanie opowiada historię Mikołaja gdy jeszcze nie był świętym i nie mieszkał na biegunie. Mikołaj też był kiedyś taki jak my i też był dzieckiem. Jak myślisz do kogo mały Mikołaj wysyłał listy na Boże Narodzenie?
Bajka o Kopciuszku. W małym miasteczku żył sobie spokojnie pewien bogaty kupiec. Miał on żonę oraz młodą córkę. Szczęście rodziny zostało zakłócone gdy jego żona poważnie zachorowała i wkrótce potem zmarła. Wówczas w domu zapanował okropny smutek, nastolatka zaś codziennie odwiedzała grób swej matki w nadziei, że ta
. Spis treści Bieda: 1 Bogactwo: 1 Burza: 1 Chciwość: 1 2 3 Chłop: 1 2 Cud: 1 2 Kobieta: 1 Korzyść: 1 Małżeństwo: 1 Mąż: 1 2 3 Mężczyzna: 1 Morze: 1 2 Okrucieństwo: 1 Pozycja społeczna: 1 2 3 Pycha: 1 2 Sielanka: 1 Starość: 1 Szaleństwo: 1 Szlachcic: 1 Władza: 1 2 Wygnanie: 1 Żona: 1 2 3 Bajka o rybaku i rybcetłum. Renata Lis 1 Sami nad ciemnym, błękitnym morzem; W biednej lepiance[1] razem mieszkali Równych trzydzieści lat i trzy lata. 5Stary co rano chodził rybaczyć, Babcia w tym czasie przędła swą przędzę. Morze, CudRzucił raz dziadek sieci na wodę — Sieć pełna mułu z morza wróciła. Drugi raz rzucił sieci na wodę, 10Sieć z trawą morską morze zwróciło. Trzeci raz rzucił sieci na wodę — Sieć z jedną rybką z wody wróciła, Ale z niezwykłą, bo całą złotą. Jak zacznie błagać rybka ta złota! 15Ludzkim językiem dziadunia prosi: «Wypuść mnie, starcze, z powrotem w morze, Jeśli to zrobisz, nie pożałujesz: Dam ci, co zechcesz, tylko mi powiedz». Zdumiał się dziadek, a i wystraszył: 20Jak długo mieszkał nad morzem ciemnym, Nie słyszał jeszcze rybiego słowa. Wypuścił rybkę znowu do wody, A przy rozstaniu życzył jej z serca: «Niech cię Bóg strzeże, rybeczko złota! 25Nie potrzebuję twojej zapłaty; Woła cię morze ciemne, błękitne, Pływaj tam sobie wolno, szczęśliwa». Rzekł jej o cudzie, wszystko jak było. 30«Dasz wiarę, żono? Złowiłem rybkę, Ale niezwykłą, bo całą złotą; Gadała ze mną tak jak ja z tobą, Pragnęła wrócić w morze głębokie, Za swoją wolność chciała dać wykup: 35Mogłem mieć wszystko, gdybym poprosił. Ja nic nie wziąłem, trochę się bałem, Puściłem rybkę w morze głębokie». Lecz wtedy babcia sklęła dziadunia: «Gdzie miałeś rozum, głupi prostaku! 40Czemuś nie żądał jakiej zapłaty! Przydałoby się chociaż koryto, Widzisz, że stare już się rozbiło». I poszedł dziadek nad morze ciemne; Widzi, że morze lekko się marszczy. 45Zaczął przyzywać złociuchną rybkę, Ta przypłynęła i zaraz pyta: «Czego ci trzeba, dziadku rybaku?» «Zlituj się, proszę, szanowna rybko! 50Staruszka moja dziś mnie zrugała[2], Piekli[3] się strasznie, żyć mi nie daje: Chciałaby, mówi, nowe koryto; Bo stare całkiem już się rozbiło». Na to mu rzekła rybeczka złota: 55«Nie smuć się dziadku, idź, wracaj z Bogiem, Dostanie babcia nowe koryto». I poszedł dziadek do swej babuni, Koryto stoi, jak obiecano. Ale babunia piekli się straszniej: 60«Gdzie miałeś rozum, głupi prostaku! Wyprosił dureń samo koryto! Wielka mi korzyść! Ach, ty łamago! Zawracaj zaraz do swojej rybki; Pokłoń się nisko i żądaj chaty». 65I poszedł dziadek nad ciemne morze, (Wzburzyło się trochę morze ciemne). Zaczął przyzywać złociuchną rybkę, Ta przypłynęła i zaraz pyta: «Czego ci trzeba, dziadku rybaku?» 70Dziadek pokornie rybce się kłania: «Zlituj się, proszę, szanowna rybko! Jeszcze okropniej sklęła mnie stara, Piekli się strasznie, żyć mi nie daje: Kłótliwej babie marzy się chata». 75Na to mu rzekła rybeczka złota: «Nie smuć się dziadku, idź, wracaj z Bogiem, Tak właśnie będzie: dostanie chatę». I wrócił dziadek do swej lepianki, A po lepiance nie ma już śladu; 80Zobaczył chatę — z widną izdebką, Świeżo bielony komin ceglany, Z dębowych bali drzwi wyciosane. Babunia w złości czeka na progu I klnie starego na czym świat stoi. 85«Gdzie miałeś rozum, głupi prostaku! Patrzcie go, dureń zażądał chaty! Wracaj do rybki i się jej pokłoń: Nie chcę być dłużej zwyczajną chłopką, Chcę zostać herbową szlachcianką». 90I poszedł dziadek nad ciemne morze, (Niespokojne było morze ciemne). Zaczął przyzywać złociuchną rybkę, Ta przypłynęła i zaraz pyta: «Czego ci trzeba, dziadku rybaku?» 95Dziadek pokornie rybce się kłania: «Zlituj się, proszę, szanowna rybko! Żonka szaleje coraz okropniej, Piekli się strasznie, żyć mi nie daje: Nie chce być dłużej zwyczajną chłopką, 100Chce zostać herbową szlachcianką». Na to mu rzekła rybeczka złota: «Nie smuć się dziadku, idź, wracaj z Bogiem». Patrzy, a tam dwór szlachecki stoi. 105Na ganku widzi żonkę swą starą W drogim serdaku[4] z sobolich futer, Z głową zwieńczoną czepcem z brokatu[5], Na szyi ciężkich ma pereł sznury, Złote pierścienie błyszczą na palcach, 110Na nogach czerwone lśnią buciki. Czapkują przed nią pokorni słudzy; Ona ich chłoszcze, wlecze za włosy. I mówi dziadek do swojej żonki: «Witaj, wielmożna jaśnie pani! 115Jak widzę, duszko, masz teraz wszystko». Babcia go znowu strasznie skrzyczała, Za karę poszedł pracować w stajni. Tak minął tydzień jeden i drugi, 120Znowu wysyła dziadka nad morze. «Wracaj do rybki, pokłoń się nisko: Nie chcę być dłużej wielmożną panią, Chcę być całego kraju carycą». Zląkł się dziadunio, żonę zaklina: 125«Czyś ty się, babo, czego najadła? Toż trzeba wiedzieć, jak mówić, chodzić, Ośmieszysz się na całe cesarstwo». Rozsierdziła[6] się strasznie babunia, W twarz bez namysłu trzasnęła męża. 130«Jak śmiesz, ty chamie, mi się sprzeciwiać — Szacunek jesteś winien szlachciance. Ruszaj nad morze, nie marnuj czasu, Bo cię przymuszę, słowo honoru». Zatem wyruszył dziadek nad morze, 135(Poczerniało całkiem morze ciemne). Zaczął przyzywać złociuchną rybkę, Ta przypłynęła i zaraz pyta: «Czego ci trzeba, dziadku rybaku?» Dziadek pokornie rybce się kłania: 140«Zlituj się, proszę, szanowna rybko! Żonka mi znowu się zbuntowała: Nie chce być dłużej wielmożną panią, Chce być całego kraju carycą». Na to mu rzekła rybeczka złota: 145«Nie smuć się dziadku, idź, wracaj z Bogiem! Wedle życzenia — będzie carycą!» Dwór zniknął, stoją carskie komnaty. W komnatach widzi swoją staruszkę — 150Siedzi za stołem jako caryca, Szlachta, bojarzy[7] jej nadskakują, Zamorskie trunki leją jej strugą; A ta zajada tłoczone pierniki; Jej straż w milczeniu stoi półkolem, 155Lśnią w gotowości groźne toporki. Widzi to stary i jak się zlęknie! Do nóg upada swojej babuni I woła: «Witaj, moja wszechwładna! Teraz masz, duszko, naprawdę wszystko». 160Lecz nie spojrzała na niego babcia, Kazała tylko precz go przepędzić. Podbiegła szlachta, za nią bojarzy, Dziadka obili, potem pognali. Na końcu jeszcze straż go dopadła, 165Na szczapy omal nie porąbali. Carscy poddani śmieli się nad nim: «Słusznie dostałeś, ty stary głupcze! Będziesz pamiętał do końca życia: To nie są progi na chłopskie nogi». 170Tak minął tydzień jeden i drugi, Aż znowu bardziej zgłupiała stara: Dworaków swoich śle szukać męża, Znaleźli starca, przed tron przywiedli. 175«Wracaj nad morze, pokłoń się rybce: Nie chcę być kraju tego carycą, Chcę być władczynią wszystkich mórz świata, Zamieszkać w wielkim Oceanie I złotą rybkę mieć na usługi 180Na każde moje zawołanie». Dziadunio nie śmiał się jej sprzeciwić, Więc nie odezwał się ani słowem. A tam na morzu szaleje burza, 185Wzdęły się gniewem pieniste fale, Pędzą do brzegu z hukiem i wyciem. Zaczął przyzywać złociuchną rybkę, Ta przypłynęła i zaraz pyta: «Czego ci trzeba, dziadku rybaku?» 190Dziadek pokornie rybce się kłania: «Zlituj się, proszę, szanowna rybko! Nie wiem, co począć z przeklętą babą. Nie chce być dłużej kraju carycą, Chce być władczynią wszystkich mórz świata, 195Zamieszkać w wielkim Oceanie I ciebie, pani, mieć na usługi Na każde swoje zawołanie». Rybka tym razem nic nie odrzekła, Tylko ogonkiem złotym plusnęła 200I odpłynęła w morze głębokie. Długo stał dziadek, czekał na słowo, Aż wreszcie z niczym do żony wraca, Patrzy i własnym oczom nie wierzy: Znowu lepianka, znowu babunia, 205A przed nią rozbite koryto. 14 października 1833
Pewnego wieczora, kiedy siadłem przy łóżku swoich pociech, zapytałem, o czym mam im dzisiaj opowiedzieć. Szymon zakrzyknął „o piracie!”, a Kacper jedynie dodał „i o skarbie!”. Zdziwiła mnie, i po trosze ucieszyła ta jednomyślność. Chwilę pomyślałem i już za moment w mojej głowie pojawiły się myśli, a te przerodziły się w słowa, te z kolei ułożyły się w zdania. Całość brzmiała mniej więcej tak: Daleko, daleko stąd, był sobie okręt zwany Błyskawicą. Jego olbrzymie, białe żagle lśniły w promieniach słońca niczym złoto. Jego potężne maszty sterczały w górę niczym najwyższe drzewa na świecie. Jego kapitan i dzielna załoga wzbudzali respekt wśród załóg innych okrętów. A jego czarna, łopocząca na wietrze flaga, przedstawiająca trupią czaszkę, budziła lęk i trwogę wśród „szczurów lądowych” i nie tylko. Jednak Kapitan Błyskawicy, nie był jakimś tam okrutnikiem. Był dzielny, mężny, potrafił walczyć i nie bał się niczego. Mimo swej odwagi, nigdy nie walczył jeśli nie było to konieczne. Częściej się bronił niż atakował. Kapitan był mądrym człowiekiem. Potrafił świetnie sterować Błyskawicą, znał doskonale jej słabe i mocne strony. Znał swoja załogę i wiedział, że zawsze może na tych ludziach polegać. Błyskawica, nie była zwykłym okrętem pirackim. Błyskawica nie była zwykłym statkiem, pływającym od portu, do portu, od morza do morza, od zatoki do zatoki. Nie była w ogóle statkiem pływającym. Dzięki jakiejś magicznej, trudnej do wyjaśnienia mocy, Błyskawica, zamiast pływać po wodzie, unosiła się w przestworzach. Pływała pośród chmur, obłoczków i gęstych mgieł. Kapitan Błyskawicy bardzo lubił przygody. Często więc aby przeżyć coś ekscytującego wpływał swym okrętem w sam środek burzy, lub w oko cyklonu. Niejednokrotnie Okręt i jego załoga byli w tarapatach. Jednak Kapitan zawsze ich z tych tarapatów wyciągał. Pewnego razu. W piękny słoneczny dzień, kiedy Błyskawica sunęła po błękitnym niebie, mijając kolejne bielutkie obłoczki. Stojący za sterem Kapitan, rozglądał się uważnie po okolicy. W dole widział przepiękne, porośnięte bujną zielenią wzgórza, a pośród nich snującą się błękitną wstążkę rzeki, falującą niczym olbrzymi wąż. Jednak nie ten widok przykuł w tym momencie wzrok Kapitana. Jego spojrzenie utkwione było na znajdujących się przed okrętem obłokach, do których powinni dotrzeć za jakiś kwadrans. Był to obłoczek przypominający wielką skałę, oraz drugi przypominający smoka. To co zwróciło uwagę Kapitana, to przedmiot znajdujący się na obłoczku w kształcie skały. Kapitanowi, przez ułamek sekundy, zdawało się, że coś tam błyszczało, niczym złoto w promieniach słońca. A ponieważ nigdy nie przegapiał okazji do tego, aby odnaleźć jakiś skarb, postanowił to dokładnie zbadać. Wyjął z za paska swoją długą lunetę i postanowił się przyjrzeć temu uważniej. Kiedy patrzył przez lunetę, dostrzegł, że na obłoczku w kształcie skały, rzeczywiście znajduje się coś jakby kosz, wykonany z wikliny, a w środku coś się mieni i połyskuje. Od razu skierował statek w tym kierunku. Kiedy zbliżył się wystarczająco blisko, posłał jednego ze swych piratów, aby przyniósł kosz. Już wkrótce, kosz wraz z zawartością znajdował się na pokładzie Błyskawicy. Wszyscy piraci przyglądali się z ciekawością nowemu skarbowi, który właśnie zdobyli. Na dnie plecionego koszyka, leżały sobie trzy szczerozłote przedmioty – trochę jakby spłaszczone kule. Każda z nich ważyła ponad kilogram. To był naprawdę świetny łup. Wszyscy zaczęli wiwatować na cześć Kapitana, który ten skarb dostrzegł jako pierwszy. Jednak radość ze skarbu nie potrwała zbyt długo. Nagle, statkiem coś potężnie wstrząsnęło, jakby dostał całą salwę z armaty. Niektórzy członkowie załogi poupadali, a jeden o mało co nie wyleciał za burtę. Uratował się jedynie dzięki szybkiej reakcji Kapitana, który w ostatniej chwili chwycił go za ramię. Po kilku sekundach, wszyscy otrząsnęli się z zaskoczenia i ruszyli, każdy do swoich zajęć. Jedni chwytali za liny i naciągali żagle, inni wyciągali armaty i przygotowywali się do oddania pierwszej salwy, w kierunku wroga. Kapitan stanął za sterami i zwinnymi ruchami manewrował Błyskawicą tak, żeby dostrzec, kto, lub co ich atakuje. Już wkrótce piraci dostrzegli swojego przeciwnika. Niektórzy byli przerażeni, inni zaczęli się modlić, jednak każdy robił co do niego należało. To była rutyna. Kapitan pokierował statkiem tak, aby złapać w żagle najlepszy wiatr i jak najszybciej uciec, przed atakującym ich Smokiem. Statek gnał szybko jak nigdy dotychczas. Kapitan robił uniki, chował się za obłokami i gwałtownie skręcał, aby zmylić atakującego ich potwora. Załoga wystrzeliła z ponad trzydziestu armat, jednak żadna z kul nie trafiła Smoka, a ten nawet na chwilę nie zwolnił tempa pościgu. Nic nie pomogły również kolejne salwy armatnie. Pościg trwał już blisko pół dnia. Załoga Błyskawicy była zmęczona, a marynarze zaczynali tracić nadzieję na zgubienie pościgu. Jedynie Kapitan bez najmniejszego wysiłku stał przy sterze, robił uniki i wyszukiwał najsilniejsze podmuchy wiatru. Wkrótce dojrzał coś co mogło stanowić dla niego i jego załogo cień nadziei. Zbliżali się do potężnej burzy. Skierował okręt w jej kierunku, mając nadzieję, że wśród czarnych, złowieszczych chmur, wśród błyskawic i grzmotów, uda się zgubić ścigającego ich Smoka. Lot przez burzę okazał się bardzo niebezpieczny, kilkakrotnie pioruny uderzały w maszt, kilkakrotnie silny podmuch wiatru, o mało nie wywrócił okrętu do góry dnem. Kilkakrotnie trzeba było ratować marynarzy, którzy o mało nie wypadli za burtę okrętu. Mimo to, dzięki doskonałym umiejętnością Kapitana, wyszli z tego cało. Jednak nie tylko oni mieli szczęście. Smok również przetrwał burzę i kontynuował swój pościg. „Co też takiego zrobiliśmy, że ten stwór nas tak zawzięcie goni?” – Myślał sobie Kapitan. – „Przecież nie może być aż tak głodny, aby narażać się na te wszystkie niebezpieczeństwa tylko po to, żeby zjeść kilku członków mojej załogi. Nie on musi mieć jakiś cel w tym, aby nas ścigać.” I wtedy, w głowie Kapitana zrodziła się pewna myśl. Przekazał stery swojemu zastępcy, a sam, czym prędzej zbiegł do skarbca. Odnalazł pleciony kosz, jednak nie znalazł w nim złotych kul. Na dnie kosza (a raczej, jak się okazało gniazda) znajdowały się jedynie złote skorupki. Usłyszał za sobą jakiś szmer. Odwrócił się i ujrzał trzy małe Smoczątka. Uśmiechnął się szeroko. Teraz już wiedział, dlaczego Smoczyca goniła ich tak zawzięcie. – Chodźcie ze mną Maluchy. – Zawołał i zabrał małe Smoczątka na pokład. Wydał rozkaz załodze, aby zatrzymali okręt, a sam wszedł na pokład i wypuścił Maluchy, aby mogły pofrunąć do swojej mamy. Przeprosił Smoczycę, za to, że zabrał jej jaja i wytłumaczył jej, że był pewien, iż jest to ukryty skarb. Smoczyca, dostrzegła dobre intencje Kapitana i ucieszona widokiem swych pociech przyjęła przeprosiny. Co więcej już wkrótce stała się wielką przyjaciółką Kapitana. Od tej pory Błyskawica i jego załoga, z Kapitanem na czele, siali jeszcze większy postrach wśród innych załóg. A to za sprawą smoków, które zawsze fruwały w ich pobliżu. Smoków gotowych w każdej chwili przyjść Kapitanowi z pomocą.
Gdzieś na dalekiej pustyni – wśród niedużych drzew i bardzo wysokich traw gorącej afrykańskiej sawanny, mieszkała siedmioletnia żyrafa Klementynka. Razem z nią – jej tata Maurycy, mama Michalina, młodszy braciszek Gucio, siostrzyczka Celinka i cała reszta wielkiej żyrafiej rodziny – ciocie, wujkowie, kuzyni i kuzynki. Klementynka bardzo ich wszystkich kochała. Dlatego uwielbiała wspólne rodzinne wycieczki. Najbardziej lubiła, tuż po szkole, chodzić do oazy – nad rzekę i razem z kuzynostwem długo figlować w wodzie. A za wyścigami w obgryzaniu ulubionych liści z drzewa akacjowego, Klementynka wręcz przepadała. Bo nie miała sobie w tym równych – niemal wszystkie pierzaste akacjowe liście, nawet te najdrobniejsze, za każdym razem znikały w jej pyszczku niepostrzeżenie. I choć po wszystkim, czasem bolał Klementynkę bardzo najedzony brzuszek, ona wcale na to nie narzekała. Bo i z tym świetnie sobie radziła. Dobrze wiedziała, jak go masować, by przestał boleć, niemal w jednej chwili. A gdy już poczuła się lepiej – zadowolona z siebie i dumna ze swojego zwycięstwa, biegła co sił w jej cienkich żyrafich nóżkach, by odebrać swój upragniony medal z kory baobabu. A potem nosić go dumnie na długiej szyi. W takich chwilach Klementynka bardzo lubiła – swoją szyję, wszystkie cztery nóżki, brzuszek, główkę i ogonek – lubiła całą siebie – bo zapominała wtedy o tym, czego tak bardzo jej brakowało. O czym marzyła, za czym tęskniła, co bardzo chciała zobaczyć na swoim, od zawsze białym futerku. Chciała, by na jej główce, na nóżkach, brzuszku, nawet na ogonie – niczym ubranko – pojawiły się wreszcie brązowe łatki. Bo odkąd Klementynka pamiętała, nigdy ich tam nie było – nawet jednej. A ona tak bardzo pragnęła w końcu cieszyć się własnymi łatkami. Każdego dnia, wciąż od nowa oglądać swoje „łaciate ubranko”. Tak jak robiła to mama, tata, Gucio, Celinka – każdy wujek i ciocia – kuzyn i kuzynka. Marzyła, by każdego ranka wesoło witać łatki – wszystkie razem i każdą z osobna. A nocą, gdy po ciemnym niebie wędrował pyzaty księżyc – mówić im dobranoc. Klementynce było czasem ogromnie smutno i ciężko bez łatek. Czuła się tak, jakby ktoś – po cichu, całkiem po kryjomu, zabrał jej ubranko i zostawił – zupełnie samą, taką nieubraną. Bardzo się tym martwiła, mocno to przeżywała. Zwłaszcza wtedy, gdy na przerwach w szkole, tuż za plecami, słyszała śmiechy i złośliwe żarty kolegów i koleżanek. Było jej niesłychanie przykro, gdy – raz po raz – pokrzykując, rzucali za nią uszczypliwe – Golas, Golas! A chwilę potem, wybuchali głośnym śmiechem. Wtedy Klementynka coraz mocniej czuła, jak jej serduszko ściska żal, a do małych jak węgielki oczu, napływają wielkie łzy. I niczym dwa strumyki, płyną po jej poczerwieniałych od wstydu policzkach. A ona, choć ze wszystkich sił się stara, to w żaden sposób nie może ich zatrzymać – łzy wciąż płyną i płyną. Niemal bez końca. W takich chwilach Klementynka najbardziej nie znosiła swojej długiej szyi i nóżek. Ze wstrętem myślała o swoim brzuszku, główce i ogonku – nie chciała wcale na siebie patrzeć. W jednej chwili zapominała o wszystkim, co uwielbiała – co sprawiało, że czuła się najszczęśliwszą ze wszystkich żyraf na świecie. O wesołych figlach w rzece, ulubionych akacjowych listkach. Nawet upragniony medal z kory baobabu wcale jej wtedy nie cieszył. Czuła się taka nieporadna, brzydka i nikomu niepotrzebna, przez nikogo niechciana. Nie lubiła nawet maleńkiego kawałeczka siebie. Cierpiała tak mocno, że chciała całkiem zniknąć – gdzieś daleko, nie wiadomo gdzie – i nigdy już nie wrócić. Ale nadszedł pewien wyjątkowy dzień… Tego dnia słońce wstało bardzo wcześnie, budząc Klementynkę swymi promykami. A mała żyrafa, otwierając powoli zaspane jeszcze oczy, sennie przeciągała się w pachnącej pościeli z palmowych liści. By już po chwili wstać i – ku swojemu zaskoczeniu – szerokim, radosnym uśmiechem przywitać nowy dzień. Ten radosny uśmiech naprawdę ogromnie Klementynkę zaskoczył. Bo zwykle budząc się rano, wcale się nie uśmiechała. Zazwyczaj bała się nowego dnia w szkole. Z niepokojem myślała o tym, co się wydarzy. O koleżankach i kolegach, ich głośnym śmiechu i pokrzykiwaniach. Często mówiła do mamy – „Bardzo się boję, mamusiu!” – masując przy tym brzuszek, obolały ze strachu. Ale tego dnia Klementynka w ogóle nie czuła strachu. Wcale go nie było. Więc ucieszona, ale mocno tym zdziwiona, spokojnie zjadła na śniadanie krem akacjowy, który przygotowała dla niej mama. A potem – nadzwyczaj chętnie i pewnym krokiem, ruszyła w drogę do szkoły. W szkole ranek zaczął się jak zwykle – głośnym dzwonkiem na lekcje. Ale Klementynka czuła, że właśnie dziś, i właśnie w szkole wydarzy się coś wyjątkowego. Dlatego – mocno przejęta, podnosząc do góry spuszczoną zwykle głowę, weszła do klasy. A tam, koledzy i koleżanki – wszystkie lwiątka, antylopy, gepardy, małpki i słoniątka – jedno przez drugie – śmiały się do siebie i rozmawiały. A że – pani wychowawczyni – Zebry Stefanii nie było jeszcze w klasie, to rozmawiały tak głośno, że nawet Klementynki nie zauważyły. A ona, cicho usiadła w swojej ławce – z bambusowego plecaka wyjęła piórnik, zeszyty i książki. Po czym, zaciekawiona, przysłuchiwała się rozmowom. Jednak już po krótkiej chwili wszystkie rozmowy i śmiechy umilkły. Przerwał je głośny stukot kopyt, a w klasie zrobiło się całkiem cicho. Bo właśnie weszła Pani Zebra. Ale tym razem nie przyszła sama. Tuż za nią – nieśmiało i cichutko – szedł mały i całkiem biały – nikomu nieznany gość. Choć miał pyszczek, uszy, ogon, łapki – takie jak małe lwiątka czy gepardy, to nie miał na sobie żadnych cętek – jak one. Wszystko miał białe. A zdziwione i zaskoczone tym zwierzątka bardzo uważnie mu się przyglądały. Poruszone, szeptały między sobą, niektóre nawet cicho się śmiały. Tylko Klementynce nie w głowie był śmiech ani szepty. Mała żyrafa posmutniała. Patrzyła bez słowa na nieznajomego gościa i zastanawiała się – czy zgubił swoje ubranko? Czy też, tak jak ona – bardzo za nim tęsknił, bo nigdy go nie miał? Klementynka mocno nad tym rozmyślała. Lecz w pewnym momencie przerwał jej głos wychowawczyni:– Dzień dobry dzieci. Powiedziała spokojnie. – uśmiechając się do swoich uczniów.– Dzieeeeń dobryyyy! – odpowiedziały zgodnym chórem, głośno i przeciąglezwierzątka. Po czym, Pani Zebra, powoli obracając się w stronę nieznajomego gościa, radośnie dodała:– To jest Tari, Wasz nowy kolega. Od dziś będzie chodził z Wami do klasy. Bardzo proszę, przywitajcie się z nim. Po tych słowach w klasie rozległo się głośne – Cześć Tari! A potem każde ze zwierzątek przedstawiło się nowemu koledze, głośno wypowiadając przy tym swoje imię. Ale Tari odpowiadał tylko cichutkim i drżącym – Cze… cze… cześć... Bo powitanie nowych kolegów nie było dla niego łatwe. Wśród nowych znajomych, w nowym dla siebie miejscu, czuł się onieśmielony i nieco przestraszony. Aż do chwili, gdy spostrzegł, że tuż obok niego, Pani Zebra rozkłada na podłodze duże, słodko pachnące, puchate poduchy z kwiatów i liści akacji – układając z nich wielkie koło. Tari uwielbiał zapach kwiatów akacji. Potrafił zbierać je do małych bambusowych koszyków, tak szybko, jak nikt inny. Marzył przy tym, by kiedyś zrobić z nich perfumy. Więc uradowany, natychmiast wskoczył na największą poduchę i rozłożył się na niej wygodnie, zachwycony jej zapachem. Lecz wkrótce potem, widząc zdziwienie na pyszczkach nowych kolegów i koleżanek, rozejrzał się wkoło niepewnie. I dopiero teraz zauważył, że tylko jedna poducha była zajęta, a on właśnie na niej leżał. Gdy pośpiesznie chciał wstać, Pani Zebra uspokajająco pogłaskała go za uchem, prosząc, by został na swojej poduszce. A kolegów i koleżanki zaprosiła, by dołączyli do poduszkowego kręgu. I już po chwili nie było nikogo, kto siedziałby w ławce. Nawet Klementynka – niemal jednym susem – wybiegła ze swojej, choć niesłychanie ją lubiła. Tym razem nikt nie śmiał się z małej żyrafy, nawet przez moment. Przejęte wydarzeniem zwierzątka, radośnie biegły tuż za Klementynką. A zaraz potem, z wypiekami na policzkach, rozłożyły się wygodnie na miękkich, pachnących poduchach. By szeroko otwierając oczka, z uwagą słuchać, jak Pani Zebra opowiada starą magiczną afrykańską historię o tym, jak dawno, dawno temu nad sawanną rozszalała się wielka burza. Ulewny deszcz padał tak długo i mocno, aż zalał wszystko, co spotkał na swojej drodze. A silny huragan unosił w powietrze, co tylko mógł i porywał ze sobą, gdzieś daleko. Nikt nie wiedział gdzie. Ludzie bali się ogromnie. Nie wiedzieli, co się z nimi stanie. Wtedy bardzo stary afrykański czarownik opowiedział im o lwiątku, jakiego nikt wcześniej nie widział. Mówił, że już niedługo urodzi się gdzieś w afrykańskim buszu – pośród wysokich traw sawanny. I choć tak jak wszystkie inne lwiątka, będzie miało malutki pyszczek, uszka, ogonek i cztery łapki, to jego mięciutkie futerko będzie całkiem białe. Nigdzie, ani na pyszczku, ani na łapkach, nawet na ogonku lwiątko nie będzie miało ani jednej malutkiej cętki. A gdy dorośnie, gdy już będzie białym lwem – z ogromną, puszystą i lśniącą grzywą, przegna znad sawanny wszystkie groźne huragany, burze i ulewy. I tak się stało. Biały lew nigdy nie pozwolił zrobić ludziom krzywdy. Opiekował się nimi bardzo troskliwie. Żadna burza, huragan ani ulewa już nigdy nikogo nie skrzywdziły. Gdy Pani Zebra skończyła swoją opowieść, w klasie zrobiło się tak cicho, że słychać było nawet najmniejszy szelest. Oczy Klementynki, małych lwiątek, antylop, gepardów, małpek i słoniątek patrzyły teraz na Tariego. Zdawały się pytać nowego kolegi – też tak potrafisz? Pani Zebra natychmiast zauważyła zaciekawione spojrzenia swoich uczniów i spokojnie, z uśmiechem w głosie powiedziała:– Świat jest ogromny i potrzebuje różnych zwierzątek. Tych w kropki, w paski, w cętki, w łatki i tych, których futerka są bez tego. Bo każde z nich potrafi robić coś zupełnie innego. Coś, w czym nie ma od siebie lepszego. Biały lew, o którym Wam opowiadałam, był mistrzem w przeganianiu groźnych burz huraganów i ulew. A Wy? W czym jesteście mistrzami? To mówiąc, Pani Zebra ściszyła głos. A zwierzątka, niemal jedno przez drugie, chciały opowiedzieć wszystkim wkoło o tym, co robią tak dobrze, jak nikt inny. Gdy przyszła kolej na Klementynkę, mała żyrafa pochwaliła się swoim medalem z kory baobabu. Nawet go wszystkim pokazała. Bo właśnie dziś zabrała go ze sobą do szkoły. I z dumą w głosie opowiadała o tym, jak szybko pierzaste liście akacji znikają w jej brzuszku. Koledzy i koleżanki, patrzyli na nią zdziwieni ogromnie. A potem długo oglądali medal, podając go sobie nawzajem. I co jakiś czas niemal pokrzykując z podziwu. Klementynka widząc to, uśmiechała się ucieszona, a jej małe serduszko radośnie biło coraz szybciej i szybciej. Niedługo potem, Tari przekonywał wszystkich, że nie przeganiał jeszcze nigdy żadnej burzy huraganu ani ulewy. Ale chyba najszybciej na świecie zbiera kwiaty akacji. A po krótkim namyśle, dodał – kiedyś sam zrobię akacjowe perfumy. Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale właśnie w tym momencie, niespodziewanie przerwało mu głośne i radosne – ja chcę perfumy, ja chcę! To Klementynka, aż krzyknęła na samą myśl o perfumach, tak samo akacjowych, jak jej ulubione listki. Po czym, mocno zaskoczona i lekko zawstydzona swoim zachowaniem, spuściła głowę w dół, a na jej policzkach pojawiły się dwa niezwykle duże i czerwone rumieńce. Widząc to, Pani Zebra spokojnym krokiem podeszła do małej żyrafy, swoją pasiastą nogą delikatnie objęła ją za jej długą szyję i ciepłym głosem powiedziała:– Klementynko, jeśli poprosisz – myślę, że Tari chętnie podaruje Ci pachnący prezent.– Tak, tak! Zrobię dla Klementynki najpiękniejsze perfumy na świecie! Rozległo się z głębi sali. To Tari, nie czekając ani chwili, zawołał głośno i radośnie, słysząc słowa Pani Zebry. A mała żyrafa, wyszeptała tylko cichutkie – dziękuję. I uśmiechnęła się nieśmiało. Od tamtego dnia Klementynka i Tari byli najlepszymi przyjaciółmi. Koledzy i koleżanki już nigdy nie śmiali się z małej żyrafy. Niemal codziennie, prawie na każdej przerwie, wciąż zachwycali się medalem i wypytywali Klementynki, kto nauczył ją tak szybko połykać akacjowe listki. A ona, szczęśliwa i od ucha do ucha roześmiana, cierpliwie, i wciąż od nowa, opowiadała o wszystkim, prawie jednym tchem. Jej białe futerko też już nikomu nie przeszkadzało. Wszyscy z zachwytem mu się teraz przyglądali. Bo zauważyli, że w blasku słońca niezwykle pięknie lśniło i połyskiwało. Na domiar tego, Klementynka poczuła – zupełnie niespodziewanie, że było niezwykle mięciutkie. I tak przyjemnie ją otulało. Teraz każdy dzień w szkole mijał Klementynce radośnie. Żadnej przerwy już się nie bała. Bo złośliwych śmiechów już słychać nie było. Umilkły uszczypliwe pokrzykiwania. A gdy pewnego dnia Tari podarował Klementynce pachnący akacjowy prezent. Mała żyrafa aż podskakiwała z radości – dziękuję, dziękuję! Pokrzykiwała. A chwilę potem, już spokojnie i ostrożnie otworzyła mały, pękaty, zielony flakonik, – uwalniając z niego ogromną – pachnącą chmurę. I nie zdążyła nawet mrugnąć okiem, a już wszystko wokół – nawet jej białe futerko, cudownie pachniało akacjami. Teraz już każdego ranka – szczęśliwa – i jak nigdy dotąd radosna Klementynka – z przejęciem czesała i perfumowała swoje białe, lśniące, mięciutkie futerko. Cieszyła się tym przeogromnie. Bo w całej żyrafiej rodzinie, tylko ona takie – nie lada ubranko nosiła. Tylko ona takie miała. Zasypiankowa książka – Jeżyk Cyprian i przyjaciele O autorcePani Jola Nartowska jest absolwentką studiów pedagogicznych w specjalnościach pedagogika opiekuńczo – wychowawcza oraz pedagogika rewalidacyjna z wczesnym wspomaganiem rozwoju dziecka. Z zainteresowaniem zgłębia wiedzę dotyczącą psychologii dziecka oraz zagadnień pokrewnych. Pani Jola osobiście jest niepełnosprawna ruchowo. Ze względu na to, problemy związane z niepełnosprawnością są jej dobrze znane i bardzo bliskie. Chętnie napisze bajki na zamówienie. Zainteresowanych prosi o kontakt mailowy na adres: jla2204@ Bajki Pani Joli zostały wydane w formie książeczki i można ją kupić tutaj. Polecamy! O ilustratorcePani Anna Czajkowska z wykształcenia, zawodu i pasji jest psychologiem. Wiele lat temu ukończyła Psychologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. W wolnych chwilach czyta, czyta i jeszcze raz czyta, czasem coś napisze oraz tworzy obrazy, grafiki, ilustracje i humorystyczne komiksy paskowe o blaskach i cieniach Rodzicielstwa. Jej ilustracje znajdziecie na stronie
Rozdział 1 Tajemnica szewcaPewnego razu do zakładu starego szewca przyszedł dziwny klient. Ubrany był elegancko, ale jakoś staromodnie. Mógłby to być aktor prosto z teatru lub człowiek z dawnych czasów. Miał długi pluszowy płaszcz, czarny cylinder i małą laseczkę. Pod pachą trzymał kartonowe pudełko, a na prawej dłoni nosił trzy pierścienie.– Chciałem oddać buty do naprawy – powiedział donośnie i położył pudełko na ladzie.– Oczywiście – odrzekł szewc Alfred i otworzył które zobaczył były równie dziwaczne jak sam klient. Szewc nigdy takich nie widział, choć pracował w tym fachu od bardzo wielu lat. Podeszwę miały z cienkiego, gładkiego drewna. W środku wełnianą wkładkę, a całość buta była z brązowej, eleganckiej skóry. Były mocno zniszczone, lecz widać było, że są z materiałów najlepszej jakości.– Czy potrafi pan je naprawić i odnowić? – spytał tajemniczy klient.– Raczej tak. Postaram się zrobić co w mojej mocy.– Haha – zaśmiał się nieznajomy – Co w pana mooocy? – powtórzył przeciągle – To doskonale . Nie musi się pan śpieszyć. Wpadnę po nie dopiero za jakiś czas. Pożegnał się, ubierał cylinder i długo przyglądał się butom. Wiedział, że naprawa ich nie będzie łatwa ale i tak nie miał nic innego do roboty. Od dawna nie miał żadnego klienta. Niewielu ludzi naprawia jeszcze buty. Większość wyrzuca zniszczone i kupuje nowe. Szewc uznał, że mocnym klejem naprawi pęknięte podeszwy, a skórę odnowi . Nie spodziewał się jednak, że te dziwaczne buty maja pewną pół roku, a tajemniczy klient nadal się nie zjawił. Buty od dawna już były gotowe. Leżały w pudełku i wyglądały jak nowe. Z niecierpliwością czekały na swojego właściciela. Były piękne, mocne i bardzo chciały chodzić. Szewc także czekał na klienta i żałował, że ich nie odbiera. W końcu postanowił zabrać je dla siebie. Skoro nie otrzymał zapłaty za swoją pracę to przynajmniej wziął naprawione buty. Przymierzył jednego. Okazało się, że był niesamowicie wygodny i pasował mu doskonale. Ubrał drugiego do pary, a wtedy stało się coś niezwykłego .Buty nagle zmieniły się na jego nogach i wcale nie wyglądały dziwacznie. Stały się eleganckie i gustowne. Szewc nie wierzył własnym oczom. Nie rozumiał jak to możliwe? Natomiast buty cieszyły się, że wreszcie wydostały się z pudełka. Chciały służyć Alfredowi, który tak dobrze się nimi do domu w nowych butach szewc czuł się wspaniale. Nogi same go niosły. Wcześniej często bolały go plecy i stopy, lecz teraz było inaczej. Czuł się jakby znów był młody. Stał się zdrowy, silny i energiczny. Buty potrafiły zmieniać nie tylko siebie, ale też ludzi. Jeśli kogoś polubiły to pomagały mu, jeśli nie to mogły nawet zaszkodzić. Szewc jak nigdy dotąd szedł okrężną drogą przez park. Od tego dnia nie nosił żadnych innych butów. Wkrótce wszyscy zauważyli, że bardzo się zmienił. Sąsiedzi widzieli jak wbiega po schodach na szóste piętro, dużo jeździ na rowerze i spaceruje. Alfred schudł i nabrał kondycji. Był z tego dumny, a buty były szczęśliwe, że miały dużo razu odwiedził go wnuk Oskar. Dawno się nie widzieli.– Ale ty wyrosłeś. Kawał chłopa z ciebie – zauważył Alfred– Tak wiem. A ty dziadku też się zmieniłeś. Super wyglądasz. Chyba uprawiasz jakiś sport?– Jasne. I to nie jeden. W końcu wziąłem się za siebie i dużo trenuję. A ty?– Nie lubię sportu. Nie nadaję się do tego – powiedział Oskar– Jak to? Dlaczego? Trzeba ćwiczyć! Wiesz dla kondycji, zdrowia… I dla dziewczyn oczywiście – uśmiechnął się Alfred– Wiem, co mówię.– No tak, ale jakoś nie wiem co ćwiczyć? Wolno biegam, w piłkę słabo to szewc od razu wpadł na pewien pomysł.– Mam coś, co ci pomoże – powiedział i podał mu swoje buty.– Ale dziadku! Nie będę w nich chodził – wykrzywił się – Nie mogę nosić butów po mi. W końcu jestem szewcem i na butach znam się jak nikt inny. Nie będę cię przekonywał. Ubierz je raz, a sam zrozumiesz ile są warte?Oskar wziął buty dziadka, żeby nie robić mu przykrości. Nie spodziewał się jednak, że tak szybko je ubierze. Gdy wracał do domu złapał go ulewny deszcz. Chłopak nie miał parasola, a jego trampki szybko przemokły. Woda chlupotała w nich i było mu zimno. Nagle poczuł jakby podarowane buty podskoczyły w reklamówce. Zajrzał do nich wystraszony.– Co to? Chyba wydawało mi się – pomyślał. Buty leżały spokojnie na dnie torby. Szedł dalej, szczękając z zimna zębami kiedy znów to poczuł. Wyraźnie jakby buty chciały przypomnieć mu o sobie. Może przekonać jakoś do siebie. Nie wiadomo, ale na pewno dawały mu jakiś znak. Na szczęście zrozumiał o co chodzi. Po co marznąć, skoro w torbie ma suche buty. Postanowił je ubrać– Mam nadzieje, że nikt znajomy mnie nie zobaczy – pomyślał. Ubrał je,a one od razu dopasowały się do jego stóp i zupełnie zmieniły fason. Nagle stały się fajne i młodzieżowe. Do tego niesamowicie wygodne. Oskar nie rozumiał jak jego dziadek to zrobił, ale był bardzo zadowolony. Biegł przez miasto przeskakując 2 Nowe buty OskaraNastępnego dnia w szkole wszyscy od razu zauważyli nowe buty Oskara. Nikt nie miał takich.– Skąd je masz?– Gdzie kupiłeś?- pytali koledzy.– Dostałem od dziadka . Jest szewcem i zrobił je dla mnie – tłumaczył z dumą wreszcie skończyły się lekcje wszyscy chłopcy poszli na boisko. Oskar nie grał zbyt dobrze, ale miał nadzieje, że nowe buty przyniosą mu szczęście. I tak też się stało. Potrafił kopać piłkę celnie i mocno jak nigdy wcześniej. Strzelił nawet bramkę i to z drugiego końca boiska. Mecz toczył się dla niego jak we śnie. Spełniło się jego największe marzenie. Magiczne buty pomagały mu. Choć grały pierwszy raz, to od razu pokochały tą grę. Lubiły zmieniać się i uczyć nowych rzeczy. Po meczu wszyscy chłopcy chwalili Oskara, a buty dumnie wyprężały swe czubki.– Pięć do jednego dzięki tobie – gratulował mu .Ale ty grasz! Nie wiedziałem o tym– Ani ja – powiedział Olek– Chyba ćwiczyłeś? Co?– Tak z tatą – skłamał Oskar. Nie mógł przyznać się, że to nie jego zasługa. Zrozumiał co dziadek miał na myśli mówiąc, że sam przekona się o wartości jego butów. Musiał mu podziękować. Po południu poszedł do jego zakładu.– Dziadku te buty są ekstra! Powiedz mi jak to zrobiłeś? – wołał od drzwi.– Ale co ja zrobiłem? Opowiadaj co się stało?– No wiesz! Nagle świetnie gram w piłkę i szybko biegam. To dzięki tym butom? Prawda?– No właśnie, nie wiem jak to możliwe, ale to prawda – przyznał dziadek – Też przekonałem się o ich mocy.– To teraz musisz zrobić takich setki albo tysiące. Każdy chciałby takie mieć. Sprzedamy je i będziemy bogaci. Będziemy milionerami!- wołał podekscytowany Oskar– Oj, niestety nie potrafię takich zrobić. Ja je tylko naprawiłem. To są jedyne takie buty o których mi wiadomo.– Serio nie ty je zrobiłeś? To skąd je masz?Szewc opowiedział chłopcu w jaki sposób zdobył magiczne buty. Zabronił mu mówić o tym komukolwiek. Kazał używać ich z rozwagą, aby nie było z tego powodu kłopotów. Obawiał się, żeby buty nie dostały się w niepowołane ręce, albo nie zaszkodziły im. Oskar wrócił do domu zawiedziony, że nie zostanie milionerem, ale szczęśliwy, że posiada jedyne magiczne buty. Chłopak chodził tylko w nich, aż do pewnego pechowego dnia, gdy poszedł na basen. Kiedy on pływał jakiś złodziej ukradł pozostawione w szatni najładniejsze buty. Zabrał także wyjątkowe buty Oskara. Gdy chłopak dowiedział się o tym był załamany. Stracił swój największy skarb. Pozbawiony butów wracał do domu w klapkach, jednak nie tym się martwił. Nie wiedział jak powiedzieć kolegom, że nie jest super graczem. Albo wytłumaczyć wszystkim, że nie potrafi już szybko biegać. Natomiast złodziej nie docenił wyjątkowych butów. W jego torbie niezwykłe buty znów zmieniły swój kształt. Stały się dziwaczne i staromodne. Szybko zrozumiały co się stało i nie chciały należeć do przestępcy Nie zamierzały mu służyć ani pomagać. Nie zasługiwał na nie i dlatego postanowiły zmienić wygląd. Nie żałowały kiedy zdziwiony złodziej wyrzucił je do kosza na ulicy. Co prawda nie wiedziały co je czeka, ale miały swoją moc. Niebawem wystawiły z kosza brązowe, błyszczące czubki. Uważnie przyglądały się przechodniom. Pierwszy przeszedł wysoki pan, potem pani z wózkiem i rowerzysta, lecz żadne z nich nie spojrzało na kosz na śmieci. Czas mijał a one czekały w gotowości. Wiedziały, że ktoś w końcu je zauważy. I tak się wkrótce stało. Zobaczyła je pewna pani. Wyjęła z kosza i przyjrzała im się uważnie. Wyglądały staromodnie, ale elegancko .Były dziwne, ale podobały jej się. Nigdy nie miała takich, więc zabrała je. Buty cieszyły, bo czuły, że trafiły w dobre 3 Sekret Pieskowej babciPani Zosia mieszkała w małym mieszkanku na trzecim piętrze . Była samotna i żyła bardzo skromnie. Brakowało jej pieniędzy na wiele rzeczy, lecz mimo to była pogodną i bardzo miłą osobą. Lubili i znali ją wszyscy mieszkańcy bloku. Tego dnia pani Zosia wracała do domu bardzo zadowolona. Cieszyła się z pięknych, znalezionych butów i miała nadzieję, że będą na nią pasować. Kiedy wreszcie ubrała je była zachwycona. Pasowały doskonale i były niesamowicie wygodne. Choć nie zamierzała już nigdzie wychodzić, to nagle nie mogła powstrzymać się od spaceru. Prawie biegiem zeszła na dół a potem do parku. Miała mnóstwo energii. Podskakiwała z radości. Zauważyła staruszka siedzącego na ławce z wyrywającym się psem.– Chyba piesek chciałby pospacerować? – spytała– O tak. On chciałby, ale ja nie mam siły – odpowiedział staruszek– To może ja się z nim przejdę? – zaproponowała pani Zosia– Jeśli pani może to bardzo proszę. To jest Zosia z Reksiem na smyczy spacerowała i biegała przez całą godzinę, aż piesek miał dość. Od dawna nie czuła się tak wspaniale. Umówiła się ze staruszkiem, że następnego dnia też wyprowadzi Reksia. Wracając do domu niespodziewanie natknęła się na policyjny pościg. Dwóch policjantów goniło jakiegoś mężczyznę.– Stój złodzieju! – wołał jeden z nich– Poddaj się! Mamy cię! – krzyknął drugi, choć nie mieli szans żeby go złapać. Z każdą chwilą oddalał się coraz bardziej. W tym momencie ktoś jeszcze ruszył w pogoń. Była to pani Zosia. W nowych butach niezwykle szybko dogoniła złodzieja i przewróciła na chodnik. W końcu dobiegli policjanci, a zaskoczony złodziej z niedowierzaniem patrzył na drobną kobietę, która właśnie położyła go na łopatki. Oj gdyby wiedział, że to dzięki butom, które niedawno ukradł, a potem wyrzucił do kosza, nigdy by sobie nie darował.– Dziękujemy pani za pomoc – powiedział jeden z funkcjonariuszy – gdyby nie pani wymknąłby się nam.– A co on zrobił? – spytała pani Zosia.– Okradł szatnię na basenie. Na szczęście ma swoje łupy, więc wszyscy odzyskają skradzione buty.– Aha to złodziej butów? – kobieta spojrzała podejrzliwie na nowe dziwaczne buty.– Zgadza się. Ukradł same najnowsze, sportowe modele – uspokoił ją policjant, widząc jak przygląda się swoim butom – Ale nie ma co się martwić, dzięki pani posiedzi w więzieniu i nic już nie Zosia zrozumiała, że złodzieje nie kradną takich butów, jak te które miała na nogach. Może nie były modne, ale były niesamowite. Szczęśliwa wróciła do swojego dnia w szkole Oskar był bardzo smutny Kiedy chłopcy jak zwykle umawiali się on oznajmił:– Ja nie idę grać– Czemu Oskar? Chodź jesteś najlepszy!– Dziś nie mogę – skłamał.– Bał się, że bez szczęśliwych butów znów będzie słaby. Zadzwonił do dziadka i powiedział mu o kradzieży.– Oj szkoda ich naprawdę – zmartwił się szewc– Mam nadzieje, że złodziejowi te buty nie pomogą – powiedział Oskar– Na pewno nie – stwierdził dziadek. – Może mu nawet tym czasie pani Zosia spotykała się ze znajomym staruszkiem w parku by wyprowadzić jego pieska, a koledzy Oskara na boisku. Dziwne uczucie zmusiło panią Zosię, by podeszła do grających w piłkę chłopców. To buty szukały na boisku Oskara. Niestety nie było go. Buty zasmuciły się, gdyż liczyły że go tam znajdą. Żałowały, że nie mogą pograć. Dobrze, że przynajmniej mogły biegać z panią Zosia i Reksiem. Z nową właścicielką też było fajnie. Pani Zosia z każdym dniem miała coraz więcej ruchu. Staruszek zaproponował jej zapłatę, jeśli będzie codziennie wyprowadzać Reksia. Oczywiście zgodziła się. Wkrótce też poznała w parku kolejną osobę potrzebującą pomocy przy wyprowadzaniu psa. Z dwoma pieskami raziła sobie bez problemu i coraz więcej dorabiała. Niebawem okazało się, że wiele osób w okolicy ma psy, z którymi nie może spacerować. A ona kochała psy i na spacerach z nimi czuła się wspaniale. Po tygodniu miała dziesięć psów do wyprowadzenia każdego dnia. W parku wszyscy oglądali się na babcię prowadząca na smyczach po dwa lub trzy pieski równocześnie. Biegała z nimi jak nakręcona.– Hej Pieskowa babciu – tak wołali za nią dwaj bracia bliźniacy na hulajnogach – Ale ty masz formę . Antek i Franek do tej pory byli najszybsi w parku. Nikt nie miał z nimi szans, aż ona ich przegoniła.– Jak pani to robi?– Gdzie pani trenuje? – słyszała ciągle od obcych ludzi na ulicy i w Zosia wiedziała, że to zasługa znalezionych butów. Nie mogła jednak nikomu zdradzić swojego sekretu. Co prawda znalazła te buty, ale ktoś mógł ich szukać. Nie wiedziała dokładnie jak one działają. Podejrzewała, że to jakiś nowy wynalazek. Może z Chin, albo z Ameryki? Gdyby przyznała się do posiadania super butów mogłaby mieć kłopoty. Wolała więc udawać super niedzieli w parku odbywały się zawody w bieganiu. Zebrało się mnóstwo ludzi. Niektórzy uczestniczyli w biegu, a inni przyszli popatrzeć i kibicować. Pani Zosia jak zwykle przyszła wyprowadzić pieski. Nagle usłyszała z głośników wołanie. To ją wzywano:– Uwaga! Uwaga! Prosimy o zgłoszenie się do biegu Pieskową pobiegła w kierunku startu:– O nareszcie jest pani! – zawołał czekający tam Antek– Baliśmy się, że nie zdążysz Pieskowa babciu – powiedział drugi czekający bliźniak Franek– Ale na co nie zdążę? O co chodzi? – pytała pani Zosia– Na bieg oczywiście. Zapisaliśmy panią.– Pieskowa babciu jesteś najlepsza. – tłumaczyli jej bracia– Mam wystartować? Ale co będzie z pieskami?– My się nimi zajmiemy. Spokojna głowa – zaproponował Antek– Właściwie to niezły pomysł! Chętnie spróbuję swoich sił – zgodziła sięWkrótce wszyscy wystartowali. Niestety pani Zosia została w tyle. Nie łatwo było dogonić świetnych biegaczy. Pomimo, że biegła ile sił w nogach, a magiczne buty robiły co mogły wciąż przegrywała. Prowadził wysoki, wysportowany pan. Za nim biegła grupka chłopaków i dwie dziewczyny, a potem jeszcze sporo różnych osób. Antek i Franek dopingowali ją z całych sił. Jej pieski szczekały, a wszyscy znajomi z parku wołali:– Pieskowa babciu dalej! Szybciej! Szybciej!W końcu Pani Zosia uwierzyła w siebie. Zapragnęła wygrać ten bieg, a magiczne buty chciały jej w tym pomóc. Nagle przyśpieszyła i zaczęła po kolei wyprzedzać rywali. Był szybka i silna. Wiatr rozwiewał jej siwe włosy spięte w mały koczek. Super babcia zostawiła wszystkich daleko w tyle.– Hurra ! Wołał zachwycony tłum gdy pierwsza dobiegła do metyAntek i Franek z dwoma pieskami na smyczach rzucili się jej na szyję: – Jesteś super! Wiedzieliśmy że wygrasz!– Dziękuję chłopcy, że uwierzyliście we mnie. Cieszę się, że pobiegłam. Zapraszam was na wielkie lody. Idziecie ze mną?– Jasne!– Pewnie – wołali chłopcyButy też cieszyły się z wygranej. Pierwszy raz ścigały się i były babcia dostała za pierwsze miejsce ogromny telewizor. Była bardzo szczęśliwa. Nigdy nawet o takim nie 4 Marzenie LauryPewnej soboty do parku przyszła Laura. Skończyła dopiero osiem lat, ale była bardzo odpowiedzialna i mądra. Długie blond włosy splecione miała w warkocz, na ramię zarzucony niewielki plecak, w kieszeni nosiła komórkę a w rękach dwie kule. Musiała ich używać chodząc, ale i tak to był sukces. Jeszcze niedawno jeździła na wózku inwalidzkim, gdyż urodziła się z niepełnosprawną nóżką. Na szczęście udało się ją zoperować i mogła chodzić z pomocą kul. Dziewczynka wierzyła jednak, że wkrótce całkiem wyzdrowieje. Wymagało to dużo wytrwałości i chodzenia, dlatego ćwiczyła nawet gdy rodzice pracowali. Spacerowała wtedy w parku. Marzyła by biegać, jeździć na rowerze czy rolkach jak inne dzieci. Nagle zobaczyła Pieskową babcię z gromadką psów. Bardzo jej zazdrościła. Uwielbiała psy, a do tego super babcia budziła jej podziw. Pani Zosia zauważyła, że jest obserwowana i podeszła.– Chcesz pogłaskać pieski?- spytała– Tak, bardzo. Wszystkie są pani?– Nie. Ja je tylko wyprowadzam.– Zazdroszczę pani – powiedziała Laura. – Też bym chciała, jak pani biegać– Nie martw się. Na pewno kiedyś będziesz.– Na razie raczej nie. Ale może jakiś cud albo magia pomogą– Ja ci pomogę – powiedziała pani Zosia– Jak? Jest pani lekarzem?– Nie, ale pomogę ci w inny sposób. Zamieńmy się butami.– Po co? Dlaczego?- pytała dziewczynka– Wiem, że to dziwne, ale ja mam wyjątkowe buty. W nich będziesz chodzisz. ZobaczyszSłysząc to Laura od razu zdjęła swoje baleriny i zamieniły się. Na jej nogach duże dziwaczne buty szybko zmieniły się. Doskonale pasowały i były bardzo podobne do jej balerinek. Laura od razu poczuła wielka siłę i odwagę by zacząć samodzielnie chodzić. – Moje nogi naprawiły się! Ja chodzę!- wołała– Mówiłam, że ci pomogę. Ale nie mów nikomu o tym. Wiesz to tajemnica.– Dobrze. Nikomu nie powiem. Dziękuje pani- powiedziała dziewczynka – Ale muszę już iść. Bardzo chce mi się chodzić.– Powodzenia i dużo chodzenia – zawołała za nią pani była najszczęśliwsza na świecie. Samodzielnie doszła do boiska , gdzie chłopcy grali w piłkę. Tym razem był wśród nich Oskar. Buty widziały go i chętnie pokopałyby piłkę, ale niestety nie mogły. Teraz były potrzebne komu innemu. Oskar natomiast nadal martwił się martwił o swoją tajemnicę. Nie miał pojęcia, że jego magiczne buty są tak blisko. Od dawna nie grał i kłamał kolegów, że boli go ząb czy brzuch. W końcu nie mógł już nic wymyślić.– Trudno, znów będę najsłabszym graczem, ale przynajmniej będę na boisko w zwykłych trampach i zaczął grać. Okazało się, że nic się nie zmieniło. Gdy tylko kopnął piłkę to trafiała do bramki. Oskar nadal był świetny. Nie potrzebował już magicznych butów, żeby dobrze grać. Był bardzo szczęśliwy. Dzięki wyjątkowym butom nauczył się celnie kopać i szybko biegać. Te umiejętności zostały w nim i mógł to robić w każdych przez chwile z zazdrością obserwowała chłopców. Magiczne buty patrzyły tylko na Oskara. Były z niego dumne i radośnie się wyginały. Laura poczuła, że wkrótce dzięki nowym butom też będzie mogła grać w piłkę. Musiała jednak już wracać, gdyż była mówiona z mamą. Postanowiła zrobić jej niespodziankę. Usiadła na ławce. Gdy ją zobaczyła wstała i uważnie ale bez kul poszła w jej kierunku.– Lauruniu!Ty sama chodzisz!– Tak mamo. To magia – Jestem zdrowa.– Widzę córeczko. Uwierzyłaś i to pomogło. Bardzo cię kocham i jestem z ciebie dumna – nie przyznała się do zamiany butów. Nie mogła, bo obiecała to Pieskowej babci, a poza tym sama nie wiedziała, czy to prawda. Czasem dużo marzyła i potrafiła wyobrażać sobie różne rzeczy. Kiedy patrzyła na swoje baleriny to wyglądały tak samo jak zawsze. – Chyba rzeczywiście sama wyzdrowiałam? – pomyślała.– W tym czasie Pieskowa babcia w za małych balerinach Laury wciąż biegała po parku. Nic się nie zmieniło. Nadal miała mnóstwo energii i czuła się wspaniale. Magiczne buty bardzo poprawiły jej kondycję i wiarę w swoje możliwości, więc już ich nie 5 Latające butyLaura z każdym dniem chodziła coraz lepiej. Jej nogi stały się silne, a dobry nastrój i szczęście pomagało w leczeniu. Wkrótce umiała nie tylko chodzić, ale też biegać i skakać. Była najszczęśliwsza na świecie. Dziewczynka wreszcie mogła robić wszystko to, co inne dzieci. Wciąż miała nowe pomysły i próbowała różnych razu wybrała się z rodzicami do parku rozrywki. Nie takiego dla małych dzieci, ale do największego z możliwych. Cieszyła się na widok ogromnych pędzących rollerkasterów. Musiała spróbować przejażdżki niemal na każdym z nich. Co to było za uczucie, kiedy zjeżdżała pędem z wysoka. Zupełnie jakby latała. Czuła się jak we śnie. Buty na jej nogach też były zachwycone. Baleriny nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczały. Nagle jednak wydarzyło się coś nieprzewidzianego. Zafascynowana Laura nie czuła jak pod wpływem pędu na szczycie roolerkastera balerinki zsuwają się jej z nóg. Najpierw jeden but, a po chwili drugi zaczęły spadać w dół. Leciały unoszone wiatrem, kręciły się i wirowały. Zupełnie jak spadochroniarze skaczący z samolotów. Śmiały się i piszczały z zachwytu. Wkrótce spotkały w powietrzu więcej wolnych latających butów. Były tam klapki, skórzane sandały oraz inne baleriny. Wszystkie wirowały, aż w końcu wpadły w wysoką nie koszoną trawę pod rollerkasterem. Na szczęście upadek nie uszkodził balerin Laury, ani żadnych innych butów. Gdy rollerkaster wyhamował pan z obsługi wszedł w zarośla i zbierał pogubione buty. Pracownicy przyzwyczaili się, że po każdej przejażdżce ktoś z pasażerów wysiada boso i muszą szukać ich butów. Laura ucieszyła się kiedy odzyskała swoje baleriny i podążyła na kolejną atrakcję. Buty też były bardzo zadowolone, bo nie spodziewały się takich przeżyć tego nastała jesień i mama Laury kupiła jej cieplejsze buty. Na szczęście Laura nie potrzebowała już tych magicznych. Była całkiem zdrowa i potrafiła chodzić w każdych butach. Mama Laury postanowiła oddać całkiem dobre baleriny córce sąsiadki Dominice. Magiczne baleriny z żalem pożegnały Laurę, ale miały nadzieję że z nową właścicielką też będą szczęśliwe. Dominika ucieszyła się z podarowanych butów i zabrała je do szkoły jako zmienne. Nie znała ich tajemnicy, ale od pierwszego dnia poczuła, że są jakieś dziwne. W szkole nie umiała usiedzieć w ławce. Buty nudziły się ,więc robiły wszystko żeby zachęcić dziewczynkę do ruchu. Smyrały i łaskotały ją w stopy. Dominika nie potrafiła skupić się na lekcjach, gdyż trudno było to wytrzymać. Obawiając się gorszego łaskotania siedziała nawet na przerwach. Nie domyśliła się że butom potrzebny jest ruch. Męczyła się ona i baleriny. W końcu lekcje skończyły się i dziewczynka ubrała inne buty, a baleriny zamknęła w szkolnej szafce. Uwięzione w szkole były strasznie smutne i miały nadzieje, że następnego dnia będzie lepiej. Niestety nic się nie zmieniło. Tak jak poprzedniego dnia przesiedziały wszystkie lekcje i przerwy. Podobnie mijały też kolejne dni. W końcu buty nie wytrzymały. Z powodu smutku, nudy i złego humoru niespodziewanie zmieniły swój kształt. Kiedy rano Dominika otwarła szafkę zobaczyła w niej strasznie dziwaczne i śmieszne buty zupełnie jak od klauna.– Uhhh – krzyknęła – Co to jest?– Hahaha – usłyszała za plecami – Ale buciory! Hahaah! – śmiał się na cały głos piegowaty Marek, uznawany za największego łobuza w stała jak zamurowana. Myślała, że to jego jego sprawka. Widocznie zrobił jej kawał.– Zabieraj te buty – wykrzyknęła i rzuciła w jego stronę.– Dobra jasne. Hahaha – zawołał Marek – Ale ubaw!Wybiegł z koszmarnymi buciorami na boisko gdzie jego koledzy właśnie puszczali latawiec.– Patrzcie co mam. To buciory Dominiki. Hahaha. Dała mi je właśnie.– Pokaż, ale śmieszne – powiedział Igor– Słuchajcie przywiążmy je do latawca. Zobaczymy czy poleca w górę? Ale się wszyscy od razu spodobał się ten pomysł. Po chwili magiczne buty przywiązane do czerwonego latawca unosiły się pomału w górę. Początkowo latawiec chwiał się z dodatkowym ciężarem i nie mógł wznieść się wyżej, lecz wkrótce mocniej zawiało. Igor trzymający sznurek nie spodziewał się, że latawiec nagle wystrzeli w górę wyrywając mu jego koniec z dłoni.– Łapać latawiec!- wykrzyknął Marek, jednak na to nie było już szans. Wiatr uniósł go razem z dziwnymi butami wysoko ponad czubki drzew i pognał w kierunku centrum miasta– Ty gapo! – krzyczał wściekły Marek na Igora – jak mogłeś wypuścić sznurek. Miałem jeszcze tyle pomysłów co zrobić z tymi butami, a teraz wszystko przepadło. Buty natomiast były zachwycone. Nie spodziewały się, że znów będą latać. Było inaczej niż kiedy, spadały z rollerkastera. Wtedy pędziły z góry na ziemię, a teraz unosiły się w górze lekko i spokojnie jak paralotniarze albo puszki dmuchawców. Z góry patrzały na miasto i szczęśliwe śmiały się do siebie. Buty nie wiedziały co je teraz czeka? Gdzie wylądują i do kogo trafią tym razem? Czy będą dużo chodzić, czy może grać w piłkę lub biegać?. Miały wielkie nadzieje, że trafią w dobre miejsce. Niespodziewanie zauważyły znajomy budynek z białym szyldem przy drzwiach. Był to zakład szewski pana – zawołały do siebie – Jesteśmy w domu. Szarpnęły jednocześnie latawcem by zniżyć lot. Potrafiły już dobrze nim sterować i chciały wylądować przy drzwiach szewca. Podskoczyły i latawiec zaczął delikatnie opadać w wybrane miejsce. Wkrótce leżały pod jego drzwiami. Gdy Alfred wyszedł od razu zauważył czerwony latawiec. Podniósł go i zobaczył przywiązane do niego dziwaczne buty.– A niech mnie! Ja chyba śnię – zawołał – Moje wyjątkowe buty! To jakiś cud albo magia. Same mnie odnalazły i buty bardzo cieszyły się, że niespodziewanie odnalazły Alfreda. Chciały mu odpowiedzieć: – Tak wróciłyśmy – lecz niestety nie mogły. Starały się dać mu jakiś znak, że są szczęśliwe. Wyprężały brązowe, błyszczące czubki zupełnie jakby się cieszył się, że je odzyskał. Postanowił je odnowić, a następnie schować gdyby ich właściciel wrócił. Wiedział jaką mają moc, więc wolał ich pilnować, aby nie zostały znów 6 Trzy moce butówMijały tygodnie, a naprawione niezwykłe buty leżały w pudełku. Były smutne i nieszczęśliwe. Po wszystkich swoich przygodach, nie chciały bezczynnie czekać. Najgorsze było to, że nie wiedziały, czy ktoś w ogóle po nie przyjdzie. Martwiły się co będzie dalej? Na szczęście wreszcie coś się wydarzyło. Do zakładu szewca przyszedł pewien chłopiec. Mama przysłała go po odbiór butów z naprawy.– Dzień dobry – przywitał się chłopiec zamykając za sobą drzwi – Przyszedłem po buty z teatru. Wie pan, po te na przedstawienie.– Dzień dobry – odpowiedział schowany na zapleczu szewc – Niestety jestem bardzo zajęty i nie mogę teraz podejść. Weź je proszę. Są gotowe. Leżą w pudełku na półce przy drzwiach.– Dobrze – odpowiedział chłopiec i podszedł do półki, na której stały dwa pudła. Otworzył pierwsze i zobaczył dziwaczne brązowe buty pasujące do teatru. Zabrał pudło, pożegnał szewca dziękując mu głośno i wybiegł z zakładu.– Do widzenie – odpowiedział mu Alfred nie podejrzewając kłopotów. Za to magiczne buty podskakiwały z radości obijając się o boki pudełka.– Będziemy grać w przedstawieniu. W teatrze. Hurra! – wołały do dotarły na miejsce. Chłopak podał pudło mamie, która była kostiumografem, a ona aktorce..– Co to za paskudne buty – krzyczała w szatni Klementyna. Jak ja będę wyglądać? Ohyda. Kto zrobił dla mnie takie dziwaczne buty? – Aktorka już zamierzała iść na skargę do kostiumografa kiedy nagle reżyser wezwał ja na scenę.– Robimy próbę – zarządził – Musisz dużo ćwiczyć, bo niedługo przedstawienie. w dziwacznych butach zaczęła tańczyć. Najpierw trochę niepewnie, nawet niezdarnie lecz z każdą chwilą coraz lepiej. Magiczne buty nigdy do tej pory nie tańczyły, ale były tym zachwycone. Nie spodziewały się czegoś tak fajnego. Radośnie podskakiwały, wykręcały wymyśle piruety a nawet salta. Reżyser podziwiał Klementynę. Do tej pory tańczyła fatalnie. Choć marzyła o wielkiej karierze to na scenie ruszała się powoli i niezgrabnie. Nic nie zapowiadało takiej przemiany.– Dziewczyno! Kiedy ty się tego nauczyłaś? – pytał – Zaskoczyłaś mnie!– Zawsze mówiłam, że mam talent, tylko pan tego nie dostrzegał – odpowiedziała zarozumiale aktorka – Powinnam dostać główną rolę. Chcę być gwiazdą!– Tańcz tak dalej, a zostaniesz – odpowiedział próbie dumna Klementyna przechwalała się w szatni przed innymi aktorkami:– Mam talent! Wiedziałam o tym od zawsze. Tańczę najlepiej z was – Zdjęła swój strój, a potem cisnęła w kąt buty – Są ohydne – powiedziała – Jutro karzę je buty jeszcze nigdy nie czuły się tak obrażone. Słyszały już że są dziwaczne i staromodne ale nie ohydne. Po tym jak starały się pięknie tańczyć liczyły na jakieś miłe słowa. Cóż jednak miały zrobić? Pokochały taniec i chciały zostać w teatrze. Miały nadzieję, że następnego dnia Klementyna doceni je i jeszcze będą z nią szczęśliwe. Niestety okazało się, że zarozumiała aktorka nie lubi ich i nie ma pojęcia o ich mocy. Uważała, że jest wyjątkowo uzdolniona. Chciała nawet zmienić buty na inne. Na szczęście reżyser nie zgodził się. Magiczne buty cieszyły się, że przynajmniej on je docenia, więc na próbach tańczyły najlepiej jak mogły. Dzięki nim Klementyna dostała w końcu główną rolę w przedstawieniu. Była bardzo pewna swego talentu. Do premiery został jeden dzień. W tym czasie szewc Alfred zorientował się, że pomylono kartony z butami. Postanowił udać się do teatru, aby dostarczyć właściwe buty a odebrać swoje.– Dzień dobry – przywitał reżysera kończącego ostatnia próbę – Przepraszam, ale muszę wyjaśnić panu pewną pomyłkę. Jestem szewcem i niechcący oddałem niewłaściwe buty. Chciałbym odzyskać moje takie nieco dziwaczne i przyniosłem właściwe. Oto one – podał mu zwykłe lakierki.– Szkoda – powiedział reżyser – Zauważyłem, że jedna z aktorek ma dziwne buty, ale podobały mi się. Myślałem, że to część kostiumu. Może moglibyśmy zostawić je w teatrze? – spytał– O nie! Niestety – odmówił szewc – Muszę je odzyskać, gdyż nie należą do mnie. Spodziewam się że ich właściciel po nie wróci. Rozumie pan.– Oczywiście – powiedział reżyser. Zaraz je panu oddam. Przy okazji zapraszam na nasze przedstawienie. Jutro jest premiera. Mam jeden wolny bilet i zastanawiałem się właśnie komu go podarować. Proszę go przyjąć i przyjść jutro.– Wspaniale – ucieszył się szewc – Na pewno z dziwacznymi butami wrócił do zakładu. Odetchnął z ulgą, że je odzyskał. Bał się, że znowu przepadły. Był szczęśliwy, lecz buty smuciły się. Chciały wystąpić w przedstawieniu. Tyle ćwiczyły i uwielbiały to. Zastanawiały się, czy zarozumiała Klementyna czegoś się od nich następnego dnia Alfred wystrojony w najlepszy garnitur udał się do teatru. Było tam mnóstwo gości. Wszyscy czekali na zapowiadane od dawna przedstawienie. Tańczyć miała nowa gwiazda Klementyna. Wreszcie zaczęło się. Na początek zaplanowano występ śpiewaków, a potem gwiazdę wieczoru. Klementyna w nowych butach wybiegła na scenę. Niespodziewanie potknęła się i upadała. Szybko wstała próbując tańczyć. Niestety nie umiała. Podskakiwała niezdarnie i obracała się w kółko. Widzowie gwizdali i śmiali się.– To chyba jakiś żart – zawołał ktoś z widowni.– Zabierzcie ta niezdarę– Oddajcie nam pieniądze za bilety! – wołali robiła co mogła lecz każdy jej ruch był coraz gorszy. Nie rozumiała co się stało? Jeszcze wczoraj miała wielki talent, a teraz nagle znikł. Jak to możliwe? Owszem nie przykładała się do ćwiczeń, ale po co skoro tańczyła wygwizdali zarozumiałą aktorkę i wyszli z teatru. Nikt nie wiedział dlaczego zepsuto to przedstawienie?Czemu aktorka nie umiała tańczyć? Jedynie szewc Alfred domyślał się co się stało. Klementyna tańczyła wcześniej w magicznych butach, jednak niczego się od nich nie nauczyła. Buty nie dały jej prawdziwych umiejętności, bo na nie nigdy nie zasługiwała. Była złośliwa, niemiła i leniwa. Dzięki nim mogła stać się wielką tancerką, ale była zbyt zarozumiała. W szatni teatru płakała i przepraszała wszystkich za swój nieudany występ. Przyznała, że była zbyt pewna siebie i nie pracowała nad umiejętnościami. Zrozumiała, że będzie musiała dużo ćwiczyć jeśli nadal pragnie zostać gwiazdą. Nic nie przyjdzie samo bez wysiłku nawet jeśli ma się magiczne buty. Trzeba samemu wziąć się do kilka dni i ktoś niespodziewanie przyszedł do zakładu szewskiego. Ubrany był elegancko, ale jakoś staromodnie.– Dzień dobry – przywitał się uprzejmie – Przyszedłem odebrać moje nie wierzył własnym oczom. Stał przed nim właściciel dziwacznych butów.– Czy udało się je naprawić?- spytał nieznajomy.– Tak oczywiście. Czekają na pana – odpowiedział Alfred i poszedł po nie na zaplecze.– O to doskonale, że czekają na mnie. Powiem panu, że zastanawiałem się, czy wytrzymają tak długo w pudełku.– Nie rozumiem? – zdziwił się szewc– No tak przecież nie wyjaśniłem panu, że to nie są zwyczajne buty. Są magiczne, a ja jestem czarodziejem. Za pomocą trzech pierścieni dałem im trzy moce. Jeden sprawił, że potrafią się zmieniać, drugi że mogą zmieniać ludzi, a trzeci dał im moc rozwagi ,aby dobrze wykorzystywały swoje umiejętności.– To niesamowite co pan mówi – powiedział szewc – Przepraszam, ale nie wiedziałem że są czarodzieje, a buty mogą być magiczne.– Niestety jest nas niewielu. Lecz można spotkać czarodzieja w każdym zwykłym miejscu.– Rozumiem, ale dlaczego zaczarował pan te buty?– Zaczarowałem je aby pomagały tym którzy na to zasługują, karały tych którzy coś przewinili i dawały nauczki tym którzy powinni coś w sobie zmienić. Zawiodłem się, że nic nie zrobiły przez tak długi czas.– Oj tego nie powiedziałem – uśmiechnął się Dla mnie zrobiły bardzo dużo. Dla mojego wnuka również. Myślę, że sporo też działo się kiedy je straciłem.– Doprawdy pomogły panu to cudownie. Właśnie na to liczyłem. Bardzo się cieszę. I mówi pan że zginęły, a jednak ma je pan. Jak to się stało?– Same do mnie wróciły – odpowiedział z dumą szewc.– To wspaniale polubiły pana. Mam Alfredzie prośbę: Przypomniało mi się właśnie, że bardzo się śpieszę. Przechowaj te buty, bo nie mogę ich teraz zabrać. Wrócę po nie za jakiś bajki jest Iwona Kałuża. Więcej bajek na stronie
Błyskawica nagle rozświetliła całe niebo i grzmot z głośnym dudnieniem przetoczył się gdzieś niedaleko. Szaruś obudził się w pierwszej chwili zdezorientowany. Zdążył zobaczyć jak Kropka, kudłata psina mieszkająca w domku piszcząc stara się wcisnąć pod kanapę. Zobaczył też zaraz Magdę próbującą ją uspokoić. Wzięła Kropkę na kolana i przytuliła. Głaskała i przemawiała do niej spokojnie. Ta oddychała cały czas zdenerwowana, ale wyraźnie zaczynało już to jej pomagać. Po kilku chwilach stanęła na podłodze nieco akurat lubił burzę. Szczególnie gdy leżał w ciepłym i suchym domku i wyglądał przez okno. Gdy dłuższy czas patrzył na ciemne niebo mógł nawet zobaczyć samą błyskawicę. Siatką jasnych kresek rozjaśniała chmury i wyglądała jak drzewo postawione do góry nogami i zbudowane całe z promieni słonecznych. Kotek dziwił się, że ten wielki błysk odbywał się zwykle w zadziwiającej ciszy. Dopiero chwilę po nim pojawiał się huk – grzmot nadjeżdżający jak wielka ciężarówka pędząca polną drogą. Tego już tak bardzo nie lubił. Najlepiej gdyby podczas burzy były same błyski. No i mogły pozostać strugi deszczu. Jednostajnie szumiące i bębniące o okna, trawę i dach. Niezmiennie spadające w dół i w dół. Oczywiście wszystko to było przyjemne oglądane przez okna cieplutkiego domku gdy leżało się nieruchomo na spojrzał na kota Mruczka, który leżał niedaleko. Rudzielec był wyciągnięty na posłaniu i spał spokojnie. Tylko brzuszek podnosił mu się i opadał miarowo. Ten to lubi spać. Nawet grzmot nie dał rady go obudzić. W tym momencie trzasnął kolejny piorun. Kropka skomląc znowu przebiegła przez pokój próbując znaleźć jakieś miejsce gdzie hałasy nie będą jej dochodzić. Przebiegając potrąciła Mruczka budząc go wreszcie. Ten wstał leniwie i przeciągnął się wyginając grzbiet najwyżej jak potrafił. Nie wyglądał na zbyt przejętego całą sytuacją. Nie miał nawet specjalnie żalu do pieska za obudzenie go. Po chwili Kropka biegła już z powrotem bo oczywiście tamta strona pokoju wcale nie okazała się lepsza na czas burzy. Chyba wszystkie są tak samo dobre – pomyślał Szaruś z zatrzymał się przy Mruczku, który najwyraźniej był najbardziej opanowanym stworzeniem w całym domu. Przypadł do niego jakby oczekując pomocy i porady. Kotek siedział teraz czyszcząc futerko łapką. Gdy skończył odwrócił się do nich i powiedział ze spokojnym mruczeniem:– Czy chcecie posłuchać bajki usypianki o burzy? Ale pod jednym warunkiem. Żadnego biegania po pokoju. Będziecie leżeć w Waszych łóżeczkach, przykryjecie się kocykami i spokojnie na wszystko chętnie by się zgodziła byleby zapomnieć o burzy. Szarusia też bajka zaintrygowała. Zagrzebały się więc zaraz w swoich kocykach i znieruchomiały w cieple. Oddychając spokojnie słuchały najpierw przez jakiś czas odgłosów deszczu na szybie. Miarowy szum działał po chwili zaczął opowiadać: – Dawno, dawno temu na świecie żyły pradawne koty. Były one dużo większe niż my teraz. Tak jak my łowimy myszki lub wróbelki tak one polowały na zwierzęta wielkości krowy czy konia. Ich zęby były białe, wielkie i ostre. Największy z nich był królem wszystkich kotów i jednocześnie władcą wszystkich zwierząt. Gdy chciał coś obwieścić i zwołać spotkanie swego królestwa to wchodził na górę i ryczał tak głośno, że głazy kruszyły się i gałęzie spadały z drzew.– A jakie były wtedy psy? – spytała Kropka, która z wrażenia aż zapomniała o burzy.– Psy były takie same jak teraz. I na pewno też tak przerywały jak ktoś opowiadał – powiedział z uśmiechem Mruczek po czym mówił dalej:– Pewnego dnia do króla przyszedł sprytny szczur i zaczął pytać go o to, czy rzeczywiście jest tak potężny jak o nim opowiadają. Pytał o różne rzeczy, a król za każdym razem z dumą potwierdzał. W końcu wskazał na słońce i powiedział, że widywał ptaki tam dolatujące i czy on z kolei potrafiłby do niego doskoczyć. Król z rozpędu przytaknął, a w odpowiedzi szczur poprosił go o pokaz jego mocy. Umówili się na i Kropka leżeli w swoich łóżeczkach z przymkniętymi oczami. Opowieść była bardzo interesująca, a ciepło kocyków rozleniwiało i uspokajało. Oddychając spokojnie słuchali, a Mruczek opowiadał dalej.– Spotkali się wszyscy na najwyższej górze. Wieczorne słońce było ogromne i wisiało nisko nad horyzontem. Miało kolor dojrzałej pomarańczy i wydawało się tak blisko, że prawie można było je dotknąć. Król stanął dumnie przed zgromadzonymi zwierzętami i przypomniał po co tu się zebrali. Następnie wziął rozpęd i skoczył. Wszyscy wstrzymali oddech gdy leciał pięknie wyciągnięty. I wtedy się właśnie to stało. Gdy tylko dotknął słońca niebo pociemniało w jednej chwili. Tak jakby ktoś zgasił światło w pokoju w nocy. Jego piękne wąsy, do tej pory długie i proste powyginały się nagle w mnóstwo krótkich odcinków, które z kolei rozbłysły niesamowitym światłem błyskawicy. Po chwili dołączył do tego potężny grzmot, który przeszył całą okolicę. Na koniec z nieba lunął strugami deszcz. Tak właśnie zaczęła się pierwsza burza.– A co się stało z królem kotów? – spytał Szaruś z przejęciem– Gdy spadł z powrotem na ziemię okazało się, że po zderzeniu ze słońcem zmniejszył się i był takiej wielkości jak ty i ja teraz. Od tamtej pory takie właśnie są koty. I od tamtej pory zawzięcie polują na myszy i szczury. Tak się to wszystko i Szaruś westchnęli leżąc pod kocykami. To wszystko było takie niesamowite. Czy to możliwe, że błyskawice to są powyginane wąsy króla kotów rozświetlone słońcem? A huk pioruna oznacza jego zderzenie ze słońcem? Wsłuchani w opowieść bajki usypianki Mruczka nawet nie spostrzegli, że burza przeszła i jest teraz daleko. Pozostał tylko jednostajny szum deszczu. Krople wody ściekały po szybach w dół i w dół. W połączeniu z ciepłem kocyka był bardzo Szaruś myślał jeszcze o pradawnych kotach. Potężnych i wielkich. Królujących nad wszystkimi zwierzętami. Nie bojących się niczego i nikogo. Kropka z kolei obiecywała sobie, że jak następnym razem będzie burza to już nie będzie się tak bać. Położy się za to przy oknie i będzie obserwować błyskawice. Może uda się jej wtedy nawet zobaczyć króla kotów. Gdy już usnęła, to we śnie przyszły do niej za to pradawne psy. Bo na pewno były też one – jeszcze potężniejsze i bardziej dumne niż koty. A co!Paweł Księżyk Więcej bajek na dobranoc Autora na stronie
bajka o burzy do czytania